Maciej Melecki
ur. w 1969 r. Autor trzech arkuszy wierszy: Zachodzenie za siebie (1993), Dalsze zajścia (1998), Panoramix (2001) i tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie ( 2005 ), Zawsze wszędzie indziej - wybór wierszy (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask -wybór wierszy w języku czeskim (2017) oraz tomu zapisków Gdzieniegdzie (2017). Wiersze publikował we wszystkich ważnych pismach literackich kraju ( m. in.: Twórczość, Kresy, Odra, Nowy Nurt, Akcent, Studium, Czas Kultury, Tygodnik Powszechny ) oraz w antologiach poetyckich: Inny świt (1994), Macie swoich poetów (1996 i 1997), Długie pożegnanie (1997), Antologia współczesnej poezji polskiej (2000), 14. 44 (2000), Martwe punkty ( 2004), Altered State. New Polish Poetry ( ARC PUBLICATIONS, Wielka Brytania, 2003 ), Vingt - quatre poe`tes polonais ( Traduits par Georges Lisowski, Editions du Murmure, Francja, 2003 ). Współautor scenariuszy filmowych: WOJACZEK (1997) AUTSAJDER (2000), DZIEŃ OSZUSTA (2000), Erwin ze Śląska ( 2003 ), WYDALONY (2008). Redaktor tomu niepublikowanych wcześniej wierszy Rafała Wojaczka, Reszta krwi ( 1999 ) i współredaktor tomu krytyczno - wspomnieniowego Który jest. Rafał Wojaczek w oczach przyjaciół, krytyków i badaczy ( 2001 ). Wiersze jego tłumaczone były na języki: angielski, niemiecki, słowacki, francuski, słoweński. Uczestnik Międzynarodowego Festiwalu Literackiego VILENICA` 2002 ( Słowenia ). Sekretarz Arkadii - pisma katastroficznego. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Mikołowie.
ROZSTRÓJ RESZT
Wyklute z rozpadu spody. Samoczynne pęknięcia tworzą tu rozległą sieć
Wszechobejmujących szczelin, przez które nieustannie przechodzimy i
Odchodzimy w obustronnie żyzną siną dal, potrącani zaczątkami kończących
Nas stanów, owych przenośnych udręk, którymi musimy się karmić, by choć
Ten lichy ołtarzyk zwodzeń jakoś obejść, nie popadłszy już w żadną inną szramę.
Krzesze nas bowiem łój. Zeskrobuje z tynku cień rzucany załamaną pryzmą
Gruzu. Skądkolwiek by się nie zjawił początek danego przełomu, pienić się
Będzie brunatnie odważnik przeciążający skalę zejść w bardziej ropne od tego
Dziennego źródła zbiorniki zamaszystych kluczeń. Dzieli i wydziela nas
Sypka jak ekierka miara wstawionych szyb. Flegma codziennych odpluć to
Już najkonkretniejszy ze wszystkich zauważonych ślad naszego gnomicznego
Pobywania w tej kadzi gromadzącej w swym odpływie wszelki pomór
Przestrzelonych szans. Ryczałt błędów nie wyrównuje rozbieżnych napięć.

Kierunkuje je tylko rozwidniony schyłek, dolne obrzeże, przez które przewiesza
Się mrowiący florę szpiku oścień poskładany z nawiezionych dyszli, czyniąc z tych
Złożeń płaskie śluzy spiętrzające światło u końca konewki. Ziąb gipsuje
Usta. Śnięta śniedź. Martwica dachów. Zaholowany na mieliznę wrak
Zeszłorocznych chmur ujada niczym wysuszony ukwiał. Kamienieje cisza,
Z której wyrasta usztywnione dnem mroku przepierzenie przyszłych lat, jakie
Być może są jeszcze możliwe, w tym gwincie nakładanym na głowy przez napowietrzny
Wir. Upina mnie tedy trocinowy kaftan pobieranej próbki zetlonej jawy. Zadławiony
Żwirem rozrzucanym z łyżki ugrzęzłej w rombie klombu koparki, przefasonuje mnie
Za chwilę odlany z szarówki dnia blok zapadłych utkwień. Nie ma się już żadnych
Busoli, węźlastych ścieżek dawniejszych uskoków w rozchylone aż po krańce
Bezmiary wypełnione lotnymi scenami schodzenia z szeregami cieni, niema
Ściana obecnych wyładowań wkopana do połowy w ten bagnisty tor. Którędy
Donikąd? Z każdego miejsca dochodzi się zawsze tu, na czubek ciernia, między
Przerwy linii kolczastego drutu, w potęgującym uczucie pustki nastroju
Chłamliwego zgiełku, napędzanego podażą przedświątecznych obniżek cen.
Żadnych gratyfikacji, drobnych nagród oraz ochłapów łask. Odebrane minimum.
Powiększona tchawica. Chrypiące oskrzela losu. No bo jakież to miasto mogłoby

Jeszcze wyrwać z tego zapadliska, mrowiska gnilnych poruszeń, bo chyba nie to, choć
I to ciasno oplata każdy wybór z obracanej beczki mniemań, w której mieliło się
Rozpryśnięte szkło na utwardzony później gestem tłuczeń. Kłapie szczęka tego skośnego
Moru. Wybudza z potylicy czerwie nęcący zewsząd blichtr ściekających z drzew
I krzaków świecidełek, na tym łatwopalnym świecie wklęśnięć i wypukłości
Skrywających miałkie nic. Klepisko tego wyżymania to twój przekątnię ściągający
Pas. Niczego nie przyspiesza żaden nawiewany lub zdmuchiwany pył.
Spowolnienia ukazują chlewny znój. Przechylona ziemia wchodzi prosto w
Zamknięte usta, sucha macierz powszechnego spadu jak pęto podcina świszczący
Dech. Przeto płytko brodzi się, przeto tylko się cofa. Szary podmuch wbija uszczerbiony
Strychulec w zamarznięty placek łajna. Kurczy się tarcza, rozrasta wskazówka.
Drenujemy się wzajem, w coraz mniejszym obiegu krwi rozpuszczani, rozkopaniu
Większych rowów, by nigdzie nie pominąć pleniącej się niczym struga pomyj
Mety, ponaglającej tykanie odliczania rozstrojonej reszty grudy lub popiołu.
Maciej Melecki


Bermudzkie historie
Maciej Melecki, Zawsze wszędzie indziej (Wybór wierszy 1995-2005), wyd. Portret, Olsztyn, 2008
Maciej Melecki, Przester, wyd. WBPiCK, Poznań, 2009
Pola toku (WBPiCAK, Poznań, 2013






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2019  Fundacja Literatury w Internecie