Roman Kaźmierski
 1  2  >>
Szpitalnie
Głównie
Z daleka jest podobna do samotnej
główki brukselki, bladej
po ugotowaniu. Trochę bliżej
przypomina skopaną piłkę,
z której na zawsze uciekło powietrze.
Całkiem blisko, tuż-tuż i przestaję
ją widzieć, jedynie wiem:
tkwi nieruchomo na moim karku,
obca planeta, co wypadła z orbity.
Wracam do swojej ciężkiej głowy,
wina i niewinność upchane
wśród tylu innych drobiazgów.

Ze świąt
Pustka ma numer dwadzieścia lub dwadzieścia
dwa, do wyboru. Mówi, mówisz, więc i ja
powtarzam: pusto, chociaż jesteśmy,
każdy po swojemu. Prawie bezboleśnie
obchodzi Boże Narodzenie nasza klinika.
Biała jest pielęgniarka, a lekarz czarny,
między nimi jakieś ja, zrobione na szaro,
między sobą, który słucha, ale nie słyszy,
a tym słyszącym, ale zasłuchanym w inne
głosy, pieśń z daleka. Na własnej skórze
cicho rośnie pleśń, a nogi na próżno
próbują zawrócić do minionej chwili.

Nowy, stary
Szybko, szybko, powiedz stół
z powyłamanowanymi nogami,
szczerbaty słoik jako zastawa, ciemny
kredens bez szuflad i drzwiczek,
bez dna, dalej, dalej: czeluść wnętrza,
okna pozabijane sklejką o barwie
psich ślepi, sierść kurzu, wolno głaskać.

Dom, ale nie ma wejścia ni wyjścia,
powietrze, już nim kiedyś oddychano,
ściany wygładzone przez deszcze
ze śniegami jak kości przodków,
grudniowe palce szczypią w policzek,
sprawdzają, ile jeszcze do końca ciepła
ze starych śmieci, gnijących starannie.

Karnawał
Tańczy, sama w pokoju tańczy,
bo dają właśnie ten kawałek w radiu.
Akurat zgrzyta winda w dół albo
w górę, a pod blokiem ktoś woła
Darek, Marek, może Arek? A ona
dalej tańczy, choć koniec kawałka.

Akurat drzwi trzaskają parę pięter stąd
i piszczy osesek stęskniony za cycem.
Dzieci to śmieci po nas, myśli ta,
która tańczy i tańczy, jakby
zapomniała, co to nietańczenie.
Bębnią prędkie kroki w klatce

jak rozsypywane w wielkiej pustce
tabletki, a ktoś wali w coś pięścią
i dzwonią nożyce. Zakwiliła komórka,
za ścianami mąż żonie dobitnie tłumaczy,
kto ma rację, a tańcząca nie przestaje,
choć taniec nie ma nazwy ni końca.

Tu i tam
Miejsce, które ma tylko zielone pojęcie
o śmierci. obrasta perzem i pokrzywą
albo pieści je asfalt lub kostka. Wypełnia
przestrzeń tak dokładnie, że czas nie ma szans
na swoje trzy grosze. Przychodzisz,
mimo że już od dawna siedzisz tu na ławce: jeden
łokieć na poręczy, pod tobą drewno, trochę
metalu, drobiny sztucznych tworzyw. Ziemia
przeżuwa spokojnie. To miejsce opuszcza każdy
bóg, choć nigdy w żadnego nie wierzyło.

Karnawał (2)
Wczoraj nie było wzgórza,
ten guz nikomu nie grozi.
Mięso prosi o więcej,
z mięsem cieplej i jaśniej
przechodzą noce, te dni
bez zakończeń. Budzik
gada do mnie, nucą
nogi i ręce. Tańczę,
kręcę się po mieszkaniu,
jakbym odkrywał dobrze
znaną planetę, kołdrę
z obcego życia. Tańczę,
rytm mam w mięsie.
Z kranu odważna woda.
Kapie czas. Dokręcę,
nie przekręcę się jeszcze.
Mięso chce więcej mięsa.
Ruszam, mistrz oddechów
wirtuoz lęku bez przerw.

Łagodny styczeń, dobry czas
A może zima czeka na ciebie
Ta ciepła zaspa, w którą padasz
zasapany, gdy noga się powinęła
na mroźnym progu. Kogo obwinia
idealna postać jednego płatka,
co próbuje stopnieć na twoim
policzku. Jeszcze cieplej
lód wyjaśnia, wicher śpiewa.
Zatkało cię, ale wymawiasz
dane, o które nie pytano.
Leżysz w tej bieli niezapisanej.

Karnawał (3)
Żadnej muzyki. Kroki bez planu i sensu.
Nie ma mnie, mówi stół, krzesło, łóżko.
Prowadzi ona, wtulona w niego? On w nią
wczepiony? Kto kogo ratuje, nie wiadomo.
To nie jest jednostka chorobowa, co ma
nazwę i przebieg. Taniec polega na ruchu,
zanim się polegnie. Ona myśli o innym
dniu, roku, życiu, co składa się dokładnie
jak scyzoryk. On nie myśli, jest inna
głowa od myślenia, nie jego. Ten ruch
ich dwojga zmierza w błędną stronę.
Tańczą jakby się siłowali z chwilami.
Może z wiecznością. Coraz bliżej
są i coraz dalej. Od siebie, do których
pomoc nadejdzie po czasie. Tańczą,
a rytm odmierza coś na przegubie.
Czyja to dłoń, nie warto dociekać.

Karnawał (4)
Prelegenci na konferencji, każdy
mówi innym językiem: tak dobrze
się znamy Dotykasz mnie brzuchem,
a czuję, jakbym był w środku. Bo jest
domem brzuch i boli jak brzuch, ciężki
jak brzuch, twardy. Ten taniec, my dwoje,
chociaż mnie nie ma, a ty jesteś cieniem
nie wiadomo czyim. Powtórka z rozgrywki
o całkiem własny koniec. Tańczymy,
po wielkiej podłodze, pustyni bez piasku.

Zabiegi
Że zabiegany byłem i nosiłem w torbie
na ramię lub w plecaczku cały czas
zwany własnym, że jak spóźniony
machałem chwilom, znikającym bez śladu
w tunelu spojrzenia, i że wierzyłem w istnienie
kieszeni, co przechowuje żywe dla mnie info
oraz że dłoń, chociaż błądzi po skórze rzeczy
i próbuje mówić, mimo że nikt nie zna tego
języka, nawet nie zadrży, gdy ją schwyci siostra,
żeby prowadzić ku gabinetowi. A tam już
doktor pręży białe, lateksowe
 1  2  >>
Roman Kaźmierski (wg obrazu Jeana Dubuffeta pt. Dhotel nuance d'abricot
fot.


wyd.wirtualne w portalu "panowie rynsztok i dno" 2006






Hosted by Onyx Sp. z o. o. Copyright © 2007 - 2017  Fundacja Literatury w Internecie